W lesie, którego nie ma

Wiejący w sierpniu zeszłego roku huraganowy wiatr nie tylko przewrócił niezliczoną ilość drzew, ale i wywrócił do góry nogami życie wielu ludzi, w tym leśników z Nadleśnictwa Lipusz. Jedni z nich w kilka godzin stracili to, nad czym pracowali całe życie. Inni odnaleźli tu swoje miejsce.
08.08.2018 | BOGUMIłA GRABOWSKA

Wiejący w sierpniu zeszłego roku huraganowy wiatr nie tylko przewrócił niezliczoną ilość drzew, ale i wywrócił do góry nogami życie wielu ludzi, w tym leśników z Nadleśnictwa Lipusz. Jedni z nich w kilka godzin stracili to, nad czym pracowali całe życie. Inni odnaleźli tu swoje miejsce.

Niemal rok temu (11-12 sierpnia) nad częścią Polski szalała potężna nawałnica. W ciągu kilkunastu minut silny wiatr zmiótł tysiące hektarów lasu.
Do dziś leśnicy z nadleśnictw zniszczonych przez wicher uprzątają teren. Jednak efekt ich pracy będzie widoczny dopiero za kilkadziesiąt lat, kiedy znowu będzie rósł tam las, jak przed huraganem.
Huragan przewrócił drzewa także na obóz harcerski, w Suszku drzewo przygniotło dwie harcerki.

 

Do Lipusza wjeżdżamy od strony Kościerzyny. Wokół drogi ciągną się zdrowe lasy sosnowe. W mojej głowie pojawia się myśl, że to chyba niewłaściwe nadleśnictwo. W Lipuszu była przecież klęska. Żywioł w jeden wieczór powalił drzewa, których masę ostatecznie oszacowano na 1,8 mln m sześc. Docieramy do siedziby nadleśnictwa. – Wiatr szedł pasem z południa na północ – tłumaczy nadleśniczy Maciej Kostka. – U nas zniszczył zachodnią część nadleśnictwa. Najbardziej ucierpiały leśnictwa Dywan, Żelewiec, Trawice, Płociczno, Zdroje, Glinowo, Kłodno i Sulęczyno – nadleśniczy wskazuje na mapę swojego terenu – czyli obszary z żyźniejszymi siedliskami, na których rosły dęby, brzozy, buki i świerki.

Zaprzeczył tym samym tezie, że to monokultury są najmniej stabilne. - Prawda, że to dziwne? – pyta. Ani mapa, ani oglądane w mediach zdjęcia nie oddadzą jednak ogromu strat. Dlatego jedziemy w teren.

Życie przy drodze

– Tutaj był piękny las i jeździło się zielonym tunelem – wspomina Anna Kukier, specjalistka ds. stanu posiadania, nasz przewodnik, w drodze do leśnictwa Żelewiec. Trudno to sobie wyobrazić, bo lasu już nie ma. Zamiast tego po horyzont widać niemal kompletnie pozbawione drzew przestrzenie, kojarzące się bardziej z karczowaną Puszczą Amazońską niż z sośninami Borów Tucholskich. Tylko gdzieniegdzie majaczą pojedyncze sosny. Też są osłabione, ciągle się łamią i wywracają. – Jesteśmy dopiero po pierwszym uprzątnięciu i w najbliższym czasie trzeba je będzie poprawić – mówi Arkadiusz Bronk, zastępca nadleśniczego.

Apokaliptyczne wrażenie potęgują stosy drewna ustawione kilometrowymi rzędami ciągnącymi się wzdłuż prowizorycznej, zbudowanej z betonowych płyt drogi. Ciągłe wywozy i odbiórka sprawiły, że życie tutejszych leśników przeniosło się właśnie w okolice dróg wywozowych.

3a dgol_lipusz_014.jpg
Janusz Wawer, leśniczy z Żelewca/ Fot. Darek Golik

 

To jest 38 lat mojej pracy – Janusz Wawer, leśniczy z Żelewca, wskazuje ręką na stosy. Całe życie przepracował tylko w tym jednym miejscu. – Gdy przyszedłem do pracy, to rosły tutaj niemal same młodniki. Ludzie mi opowiadali, że wcześniej wszędzie rozciągały się pola i było widać okoliczne wioski. Ja w tej chwili widzę to samo, co oni widzieli wtedy… – dodaje.

Spoglądanie w oczy człowieka, który w jeden wieczór stracił to, nad czym pracował całe życie, nie jest proste. Widać w nich smutek, pewien rodzaj rozgoryczenia i… strach. – Przez dwa i pół miesiąca mieliśmy na składzie 90 tys. m sześc. drewna. To niemal tyle, ile nadleśnictwo pozyskiwało w rok, niewyobrażalna masa – tłumaczy i dodaje, że samo pozyskanie i odbiórka takiej ilości drewna nie były największym problemem. – Cały czas zastanawiałem się nad tym, czy nie popełniłem jakiegoś błędu, czy nie pomyliłem się choćby o 1 proc. Przy tej masie to kolosalne pieniądze, a ja jestem za nie odpowiedzialny – mówi. Sen z powiek leśniczego spędza też ogień. Pozbawionej drzewom i wysuszanej przez wiatr ściółce niewiele brakuje. – W przypadku pożaru bardzo trudno byłoby zapanować nad żywiołem – dodaje.

Pytam leśniczego, czy nigdy nie przeszło mu przez myśl złożenie broni. – W żadnym wypadku nie opuściłbym swojego leśnictwa. My tu przecież jesteśmy potrzebni – twierdzi. Dzisiaj może już powiedzieć „my”, bo od czasu huraganu pomaga mu dwóch podleśniczych.

Jednym z nich jest Roman Plata, leśnik z wykształcenia, który kilkanaście lat pracował poza Lasami Państwowymi. – Nie wyobrażałem sobie, że w naszym regionie może się zdarzyć coś takiego – mówi. Na powrót do pracy leśnika wybrał sobie raczej kiepski moment, jednak nie narzeka. – Tutaj się wprawdzie dużo dzieje, ale nie marudzę na pracę. Robię wszystko najlepiej, jak potrafię. Mój leśniczy jest bardzo dobrym człowiekiem, tłumaczy, wyjaśnia. To świetny logistyk – dodaje Plata.
Swoich podleśniczych nie może się też nachwalić leśniczy Wawer. – Jesteśmy jednym zespołem. Moi podleśniczowie dają z siebie wszystko, a co najważniejsze widzą sens tej pracy – mówi. – Dzięki temu wierzę, że jeszcze przed emeryturą zobaczę tu odnowienia – kończy.

Spokój z przypłaszczkiem

Obsada z Żelewca nie jest wyjątkiem. Parę tygodni po huraganie Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Gdańsku oddelegowała do pomocy zespoły z gdańskich nadleśnictw. Potem pozytywnie rozpatrzyła wniosek nadleśniczego z Lipusza i zgodziła się na zatrudnienie dodatkowych 30 osób. Część z nich wzmocniła obsadę biurową nadleśnictwa, które zaczęło przetwarzać stosy dokumentów. Większość z nich trafiła jednak w teren, żeby wesprzeć uwijających się z odbiórką i szacowaniem szkód leśniczych i podleśniczych.

2c dgol_lipusz_023.jpgBorys Gielniak, leśniczy leśnictwa Zdroje/ Fot. Darek Golik

Ponad 20 lat byłem sam. Pierwszego podleśniczego dostałem dwa lata przed nawałnicą, gdy zwiększyliśmy pozyskanie – mówi Borys Gielniak, leśniczy leśnictwa Zdroje. A potem przyszedł wiatr. Okazało się, że we dwóch sobie nie poradzą. – Teraz jest nas czterech. Ja ogarniam papiery, podleśniczowie zajmują się odbiórką i wywozem – dodaje.

Leśniczy Gielniak jest spokojny i optymistycznie patrzy w przyszłość. – Oczyma wyobraźni widzę już to morze młodników, które powstanie w moim leśnictwie. Trzymam się tego obrazu i wierzę, że po uprawie wszystko będzie ładnie rosło.

Głos leśniczemu Gielniakowi łamie się jednak, kiedy wspomina ten las, którego już nie ma. – 26 lat pracy poszło z… wiatrem. Gdy to zobaczyłem, poczułem ogromną pustkę. To było nie do opisania – twierdzi. Do dzisiaj, kiedy przejeżdża przez swoje leśnictwo, ściska mu się serce.

Ciągle to przeżywam. Jeszcze rok temu planowaliśmy, że tu zrobimy jakąś ładną trzebież, tutaj zajmiemy się młodnikiem… Dzisiaj ten drzewostan nie istnieje, a młodnik jest sprasowany – mówi. Niemal od razu jednak się uśmiecha i wspomina fragment jednego z oddziałów. – Miałem tam problem z przypłaszczkiem. Sporo czasu zajęło mi szukanie sposobu, jak działać, jak ciąć, żeby się go pozbyć – mówi. – A tu przyroda rozwiązała ten problem za mnie.

W głowie leśniczego pozostało nie tylko wspomnienie lasów, którymi zajmował się przez lata. Cały czas pamięta ten niecodzienny, huraganowy wiatr, który zniszczył to, co kochał. – Gdy wieje, nie wchodzę do lasu. Czuby lecą przy byle podmuchu. Czasami też nie mogę już na to wszystko patrzeć – dodaje. Wtedy bierze rower do samochodu i jedzie do sąsiadów. – Muszę od czasu do czasu zobaczyć „cudzy” las, który stoi.

Najważniejszy jest człowiek

Dzięki wzmocnieniom kadrowym w leśnictwach praca przy uprzątaniu i wywozie drewna może się odbywać na zakładkę. Jedna osoba pracuje od godz. 6 rano do 14, druga zaczyna o 9, a trzecia o 14 i jest w terenie do 22. Taka organizacja jest niezbędna, bo z jednego leśnictwa wyjeżdża nawet do 50 transportów dziennie. – Zdarza się, że ładujemy 10 samochodów naraz. Przyjeżdżają dwa z HDS-em i po kolei ładują pozostałe – tłumaczy Arkadiusz Bronk. – To szaleńcze tempo pracy, ciągła odbiórka, wywóz, odbiórka i wywóz, straszna monotonia – dodaje.

Łatwo to wytłumaczyć w jednym zdaniu – w czerwcu w każdym z najbardziej zniszczonych leśnictw pozyskano taką ilość drewna, jaką średnio przed huraganem w jednym roku w całym nadleśnictwie. To ogrom pracy. Nie przeszkadza on jednak Karolinie Wojtowicz, zatrudnionej po klęsce na stanowisku podleśniczego w leśnictwie Płociczno. Rozmawia z nami w biegu, kiedy tuż obok ładuje się kolejny tego dnia transport. – Oczywiście, że jest ciężko – mówi, jednak uśmiech nie schodzi z jej twarzy. – Widać przecież, ile drewna leży przy drogach, ile trzeba było odebrać, wywieźć – wylicza.

Do Lipusza trafiła, tak jak wielu nowo zatrudnionych kolegów, po przerwie. – Chciałam się sprawdzić, udowodnić, że jestem w stanie sobie poradzić z takim tempem i przy tym zdobyć doświadczenie – mówi i od razu podkreśla, że dla niej ta praca nie jest monotonna. – To ciągła gonitwa. Trzeba wszystko spiąć, każdemu kierowcy się spieszy, nikt nie chce czekać – tłumaczy i zaraz z uśmiechem dodaje, że inaczej by się zanudziła.

Karolina uwija się jak w ukropie. Jeden transport wyjeżdża, drugi przyjeżdża. Leśnicy z Lipusza działają jak dobrze dobrane elementy skomplikowanej maszyny. Każdy z nich jest pełen zapału do pracy, dobrze zmotywowany i pełen optymizmu. Jak to się robi?

Trzeba po prostu pamiętać o człowieku, bo to on jest w tym wszystkim najważniejszy – mówi Arkadiusz Bronk. I trudno się z tym nie zgodzić. Organizacja pracy po klęsce w Nadleśnictwie Lipusz może być dobrym przykładem dla innych jednostek LP. Pierwszą decyzją, która zapadła, było zwiększenie zatrudnienia. – Człowiek powinien pracować osiem godzin dziennie – mówi nadleśniczy Kostka. – Oczywiście kilka dni może zostać w pracy dłużej, ale potem musi odpocząć – dodaje. Według nadleśniczego zwiększenie liczby etatów było niezbędne.

Nowi pracownicy przyuczali się w mniej zniszczonych leśnictwach, by po kilku tygodniach iść pomagać tam, gdzie praca była trudniejsza. – Nasi leśniczowie w pierwszych dniach pracowali na pełnych obrotach, działała jeszcze adrenalina, ale nie wyobrażam sobie, żeby było to normą – argumentuje nadleśniczy. – Musi być ktoś, kto ich zmieni, chociaż przyuczanie nowych kolegów, często tylko po stażu, też było pewnym obciążeniem – dodaje.

Wsparcie dostali też pracownicy biurowi. – Więcej pozyskania oznacza więcej papierów, które ktoś musi przygotować – mówi. W Lipuszu słucha się ludzi, więc to sami pracownicy zdecydowali, jakiego wsparcia potrzebują. – Wiele informacji musi wyjść od leśniczego. Nie jestem w stanie śledzić każdego i nie wiem, ile kto ma pracy – tłumaczy Arkadiusz Bronk.

Większe leśnictwa zostały podzielone na mniejsze. Wszystko po to, żeby nie obciążać leśniczych takimi stanami drewna. W jednym leśnictwie mogło leżeć nawet po 170 tys. m sześc. To olbrzymia odpowiedzialność – tłumaczy Bronk. – Żeby odpowiednio rozłożyć natężenie prac, zabraliśmy leśniczym także nadzór nad lasami prywatnymi. Teraz zajmują się tym inni pracownicy – mówi. Olbrzymim wsparciem kadry terenowej był także zakup samochodu do pomiaru fotooptycznego stosów.

Dzięki takim rozwiązaniom, a także ścisłemu przestrzeganiu Kodeksu pracy, regulującego m.in. odpowiednią długość odpoczynku w ciągu doby, zmęczenie fizyczne jest najmniejszym problemem lipuskich leśników. – Bardziej męczy ta monotonia, stojące wszędzie stosy, ciągła odbiórka i wywóz – tłumaczy Anna Kukier. Z tym jednak również można sobie poradzić. – Mamy wsparcie psychologa. Podczas dwóch spotkań uczył nas, jak sobie radzić ze stresem – dodaje. Nawet teraz, rok po tragedii, każdy pracownik może skorzystać anonimowo z pomocy psychologicznej.

Poza tym nadleśniczy organizuje dla swoich pracowników spotkania. – Możemy się wtedy lepiej poznać, porozmawiać na każdy temat i na chwilę zapomnieć o pracy – mówi Anna Kukier. –  Praca u nas nie jest ani łatwa, ani lekka –  dodaje nadleśniczy Kostka. – Ale dobrze zmotywowany zespół ludzi, jakim są lipuscy leśnicy, jest w stanie sobie z tym poradzić.