Oni krzyczą głośniej

W aktualnym numerze „Ech Leśnych” ukazał się tekst o leśnikach żyjących i pracujących w Puszczy Białowieskiej. Puszcza to nie tylko las to też ludzie, którzy o niego się troszczą.
28.11.2017 | FILIP KACZANOWSKI

W aktualnym numerze „Ech Leśnych” ukazał się tekst o leśnikach żyjących i pracujących w Puszczy Białowieskiej. Puszcza to nie tylko las to też ludzie, którzy o niego się troszczą.

Spotkaliśmy się w Puszczy Białowieskiej z trzema pokoleniami leśników. Ciekawi, jak na trwający właśnie konflikt, ale i na specyfikę życia w puszczy, patrzą ludzie, którzy tym terenom postanowili poświęcić życie.

WCZORAJ

Paulina:

Pochodzę z Podkarpacia. W 2009 r., na ostatnim roku studiów pierwszy raz zobaczyłam Puszczę Białowieską. To była zima, jechaliśmy trasą Hajnówka-Białowieża, drzewa uginały się pod naporem śniegu, było cudnie - bajka. Można było kupić w okolicy dom, więc kupiliśmy. Wymarzyłam sobie pracę tutaj. Trochę musiałam na nią poczekać, ale warto było - odnalazłam swoje miejsce na ziemi. To co dzieje się teraz, przez ostatni rok, dwa, przybija i chwilami zniechęca. Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w przeszłości podjął dobre decyzje – nieprzyjemne uczucie. Chciałabym tu zostać, zapuścić korzenie - te tereny przywiązują człowieka do siebie najsilniejszą z więzi. Ale jeśli wszystko będzie szło w takim kierunku, być może trzeba będzie zastanowić się nad poszukaniem innego domu…?

Pan Włodzimierz:

Przyjechałem do puszczy pod koniec lat pięćdziesiątych. Pamiętam swój pierwszy przejazd przez puszczę i moje zdziwienie: „Tyle młodników brzozowo-osikowych, też mi dopiero puszcza, młodych, małych drzewek...”. Dopiero potem dowiedziałem się, że starsze drzewostany, prawdziwa puszcza, są głębiej. Pierwszego wejścia w gęstą, ciemną, trochę mroczną i tajemniczą Puszczę Białowieską się nie zapomina. Człowiek czuł, że to nie jest taki zwykły las… serce biło mocniej, gdy zapuszczało się w te dzikie ostępy. Puszcza człowieka otulała, wciągała, szeptała  nieopisanym głosem. To była magia.

Przeczytaj jesiennym numer kwartalnika

Tomek:

Jestem stąd. Z dziada pradziada. Urodziłem się tu, wychowałem i nigdy nie wyjeżdżałem stąd na dłużej. Nie wyobrażam sobie życia poza puszczą. To mój dom, moja praca. Cały mój świat. Dobrze pamiętam, jak drogę z Hajnówki do Białowieży pokonywało się praktycznie w kompletnych ciemnościach, tak gęsto nad człowiekiem zamykał się las. A dzisiaj? To co narobił kornik, to, że nie pozwala się nam z nim walczyć, zmienia puszczę nie do poznania.

Słucham teraz, że człowiek nigdy nie ingerował tu w naturę. Bzdura. Historia puszczy jest dość zawiła. Spójrzmy np. na zabory. To były czasy, kiedy puszcza była - można  powiedzieć - pod ochroną, ale z przyczyn głównie łowieckich.

A czasy wojen, pierwszej i drugiej, oraz dwudziestolecia międzywojennego? Wyrąb lasów był wtedy prowadzony na bezprecedensową skalę. Firmy zatrudnione do przeprowadzenia odnowień nie wywiązały się z powierzonych im zadań i w wielu miejscach nastąpiły odnowienia samoistne, gatunkami niezwiązanymi z tymi siedliskami. Różne rzeczy się tu działy, ale człowiek na tej ziemi był zawsze.

Pan Włodzimierz:

W czasie pierwszej wojny okupanci niemieccy wycinali tylko najlepsze sztuki, ale po wojnie, kiedy koncesję na wyrąb dostała pewna zagraniczna firma, której nazwy nie wymienię, nastąpiły zręby zupełne i cięli jak leci. Wszystko. Jednak puszcza, z naszą pomocą, zadziwiająco szybko radziła sobie i ze zrębami z początku wieku i z innymi klęskami. Na przykład w latach 80. ub. w. były trzy, takie główne - zręby, kornik oraz okiść. Przy pewnej, mądrej ingerencji leśników zdolność puszczy do regeneracji jest ogromna. Tylko trzeba umieć jej pomóc.

Przez ponad pięćdziesiąt lat mojej pracy w leśnictwie całkowicie zmieniło się podejście do cięcia lasów. Kiedyś mieliśmy do czynienia głównie ze zrębami zupełnymi - brało się to z mniejszej znajomości technik leśnych, dużego zapotrzebowania na drewno, ale także z braku rąk do pracy – takie zręby są prostsze. Później, wraz ze wzrostem naszej wiedzy, to podejście zmieniło się. W pewnym momencie staliśmy się w tym przedmiocie prawdziwymi ekspertami. Osiągnęliśmy naprawdę światowy poziom. Kiedyś przyjechali z Danii uczyć nas leśnictwa. Z Danii! Gdzie mają z 10 proc. lasów! Więc ja nie wytrzymałem, wstałem i mówię: „Przestańcie nas uczyć. Zabiorę ze sobą dziesięciu kolegów, pojedziemy do was, do tej Danii, znajdziemy odpowiednio dobre grunty i założymy wam taką puszczę, jak u nas. Puszczę Bis. Żaden problem. Nas leśnictwa chcecie uczyć?!...” Trzeba było widzieć, jak na nas patrzyli (śmiech).

DZIŚ

Pan Włodzimierz:

Cały czas pan powtarza: „Pański las to, pańska puszcza tamto...”. To nie jest moja własność. Że czuję się tu jak w domu? To oczywiste. Spędziłem tu większość życia. Przywiązałem się do tych terenów, znam tu każdy pieniek, każdy zakręt każdej drogi. Jestem w domu! Ale ta puszcza jest tak samo pańska, jak i moja...

Paulina:

Leśnicy byli kiedyś na drugim miejscu, po strażakach, w rankingu zaufania społecznego. A teraz przez tę sytuację w puszczy i to, że głos w jej sprawie zabierają ludzie, którzy, owszem, są popularni, ale nie mają o leśnictwie bladego pojęcia, traktuje się leśnika jako najgorsze zło. Ludzie zaczynają interesować się tym, co się dzieje w lasach? Czym konkretnie? Na pewno zarobkami, jednak kluczowych spraw nie chcą sobie dać wytłumaczyć. Ja jestem jeszcze młoda, ale 70-letni leśniczowie, którzy spędzili tu całe życie, przemierzyli puszczę wszerz i wzdłuż, zajrzeli pod każdy kamień, są znakomitymi ekspertami w swojej dziedzinie. Teraz słyszą, że są złem wcielonym, że przyszli i dla zysku rżną puszczę. Strasznie przykro tego słuchać. Ale i nas, młodych, już ta niechęć dotyka. Przykład pierwszy z brzegu: ostatnio w Krakowie do leśnych  namiotów edukacyjnych zajrzało kilka osób, które wykrzykiwały pod naszym adresem obelgi i uciekali. Nikogo z nich nie udało się zatrzymać na dłuższą rozmowę i wytłumaczyć, przekonać. Słychać było tylko krzyki. Głośniejsze od naszych głosów.

Do tej pory leśnik był ukazywany jako ten dobry, który jelonka podniósł, zabrał do leśniczówki, ogrzał, wypuścił, zajrzał pod grzybka, gdzieś ślimaczka przeniósł. I raptem zupełnie odmienny wizerunek: to ten, który chodzi z flintą po lesie i strzela, a przede wszystkim wycina drzewa! Jakim prawem?! Obserwuję np. naszego facebooka. Wiele osób podchodzi do tematu niebywale emocjonalnie. Tam też, a może zwłaszcza tam, bardzo ciężko o merytoryczną dyskusję. Każdy może napisać co chce, udawać eksperta. My, leśnicy, robimy co możemy - cierpliwie odpowiadamy, wyjaśniamy, tłumaczymy.

Jestem leśnym edukatorem i obserwuję ciekawą rzecz. Dzieci wiedzą. Rozumieją, że biurko w ich pokoju nie bierze się z powietrza, że trzeba na to ściąć drzewo. Ale rozumieją też doskonale, że później, na miejsce wyciętych, sadzi się kolejne. Że to zamknięty cykl. A potem coś się wydarza, dorastają, zaczynają słuchać „autorytetów” i dają sobą manipulować. Okazuje się nagle, że tak naprawdę uczyć i tłumaczyć wszystko trzeba dorosłym.

Tomek:

Mamy w puszczy wiele rezerwatów przyrody. Już chociażby w Nadleśnictwie Hajnówka jest ich bodajże trzynaście. Nie podejmujemy w nich żadnych prac związanych z ochroną czynną. To są rezerwaty o statusie częściowym, ale traktowane właściwie jak rezerwaty zupełne,  nie robimy w nich nic. Cięcia sanitarne, to przy takiej ilości świerka, jedna z najskuteczniejszych metod ograniczenia populacji kornika. Jeszcze rok temu nie wykonywaliśmy praktycznie żadnych cięć. To na pewno przyczyniło się do tego, że teraz sytuacja wygląda tak, a nie inaczej.

Przyszedł taki czas, że te drzewostany świerkowe rozpadają się na naszych oczach, czego jest mi, jako człowiekowi stąd, bardzo szkoda. Być może jest to proces nieunikniony, ale przynajmniej staralibyśmy się go trochę wyhamować, żeby to nie szło tak lawinowo. To bardzo trudna sytuacja, kiedy głos w sprawie zabierają ludzie z zewnątrz - niemający pojęcia o leśnictwie i o specyfice Puszczy Białowieskiej. A my, leśnicy, wiedzę o tych terenach mamy dużą - chyba żaden obszar w Polsce nie jest tak dokładnie i wnikliwie zbadany. Pracujemy, staramy się aby ta puszcza miała się jak najlepiej. Przecież to jest nasz dom, kochamy te drzewa, jak członków rodziny. Ja nie mogę sobie niczego zarzucić. Jako człowiek wykształcony, specjalista w tej dziedzinie, staram się odtwarzać tę biocenozę, czyli część ożywioną tego - to warto jeszcze raz podkreślić - bardzo złożonego ekosystemu.

Paulina:

Największy problem tkwi chyba w tym, że tego co codziennie robimy nikt nie zauważa. Bo ścięte drzewo widać od razu. Naszą ciężką pracę dostrzec znacznie trudniej. Ludzie przejeżdżają drogą, widzą pracującego harwestera i łapią się za głowy: „Niszczą las!”. Ale tego, że być może uratowaliśmy im życie, bo usunęliśmy martwe drzewo, które mogło się na tę drogę przewrócić, nie widzi już nikt.

Pan Włodzimierz:

Pyta mnie pan co czuję, obserwując obecną sytuację? Spędziłem w tej puszczy ponad pół wieku. Pracowałem ciężko. Grubo ponad pięćdziesiąt lat życia oddałem tym drzewom. Wie pan ile ich posadziłem tymi rękoma? Ile uratowałem od klęsk, szkodników? A teraz, na stare lata słyszę, że ja, leśnik, to najgorsze, co puszczę spotkało?! Znam tu każde drzewo, a ilu z tych „ekologów" w ogóle tu było?! Widziało puszczę na oczy? Gadają, wymądrzają się, a pojęcia o niczym nie mają. Chce pan wiedzieć co czuję, jak tego słucham. Nie powiem panu... Nie. Niech się pan domyśli...

JUTRO

Tomek:

Człowiek chciałby widzieć sens w swojej pracy, w swoim życiu. A jeśli zostawimy to wszystko własnemu losowi, to czuję, że moja obecność nie będzie nikomu do niczego potrzebna. Cała moja wiedza, dobre chęci i miłość do tych lasów - bezużyteczne. Jest taka teoria, że gdyby zostawić tę puszczę samej sobie, to kiedyś się sama odtworzy. Może i tak, ale kiedy? Nie do końca wiadomo. Za 700-800 lat?

Paulina:

Las ma przecież spełniać także funkcje społeczne, ma być piękny, spacerowanie po nim ma sprawiać nam przyjemność. Mówiąc może niezbyt ładnie: chcemy z niego korzystać. I wielu ludzi tak robi, są trasy rowerowe, nordic walking, przyjeżdżają biegacze, rodziny, by spacerować, zbierać grzyby. Chcemy, żeby ten las trwał, żeby się odtwarzał, żeby był wiecznie zielony. Bo nawet jeśli przyroda sobie poradzi za kilkaset lat, o ile rzeczywiście tak się stanie, to co nam po tym co po tym naszym dzieciom, czy wnukom? Musimy robić swoje. Iść zgodnie z sumieniem i naszą wiedzą. To zabawne, ale niewiele osób uświadamia sobie, że leśnik to taki specyficzny zawód, w którym my efektów naszej pracy tutaj już nie zobaczymy. Ale zobaczą nasze dzieci, wnuki, ich dzieci. Dla mnie to wystarczająca motywacja, żeby robić swoje. Chociaż w obecnych warunkach nie jest to łatwe.

Pan Włodzimierz:

Jak temu wszystkiemu zaradzić?... A skąd ja mam wiedzieć? Wy mi powiedzcie! Od podejmowania decyzji są rządzący. Od robienia roboty - leśnicy. Ale trzeba pamiętać o jednym, to jest moje zdanie: rozsądek zastąpi każdą naukę, ale żadna nauka nie zastąpi rozsądku. Z awantury między ekologami i leśnikami nic nie wyniknie. A przecież chyba wszystkim nam w końcowym rozrachunku chodzi o to samo? Mam już swoje lata, ja swoje już tutaj zrobiłem, teraz pora na innych. Moja córka jest leśnikiem i kontynuuje tradycję dbania o te tereny. Widzi pan te drzewa? Wszystko to jej zostawiam. W dobrych rękach.

Tomek:

Świadomość tego, że robi się coś, czego owoców nigdy się nie zobaczy jest dziwna. Ale to taka praca (śmiech). Ktoś, kiedyś tę naszą pracę oceni. Nie dzisiaj i nie jutro. Za wiele, wiele lat… Mam nadzieję, że pozytywnie. Jest takie powiedzenie: „Nie było nas, był las. Nie będzie nas, będzie las.” Co tu można więcej dodać...