Wanda, która kocha żubry
O wspinaczce na płot przed kilkoma żubrami, przekonywaniu magnata medialnego, by nie wywiózł wszystkich tych zwierząt do Teksasu z profesor Wandą Olech, wybitną specjalistką od żubrów i założycielką Stowarzyszenia Miłośników Żubrów rozmawia Paulina Król.
Krąży opowieść o pewnej rozdartej spódnicy…
W 2000 roku do pokazowej zagrody w Pszczynie przyjechał żubr o imieniu Ramon – sprowadzony specjalnie dla odświeżenia puli genetycznej polskich żubrów. Byłam wtedy zaangażowana w starania o zgodę Ministerstwa Środowiska na import żubrów z zagranicy. W końcu się udało: Ramon, potomek polskich żubrów urodzony w zoo w Stendal, dotarł po licznych perypetiach. Pamiętam, że jechał w wielkiej skrzyni na lawecie do przewozu samochodów. Były problemy na granicy – celnicy nie bardzo wiedzieli, jak zatwierdzić tak nietypowy ładunek.
Wanda Olech, profesor Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Na początku lat dwutysięcznych założyła Stowarzyszenie Miłośników Żubrów, którego prezesem jest do dziś. Przewodniczyła również Państwowej Radzie Ochrony Przyrody. W 2022 roku nominowana do światowej nagrody Indianapolis Prize, przyznawanej za wybitne osiągnięcia w dziedzinie ochrony zwierząt. Rok później otrzymała Medal im. prof. Tadeusza Vetulaniego.
Kiedy Ramon był jeszcze w specjalnej zagrodzie kwarantannowej, wydzielonej wewnątrz dużej zagrody, w której przebywało stado żubrów, pojechałam tam z moim wówczas siedmioletnim synem. Oglądaliśmy przez płot Ramona – nie był może najpiękniejszy, miał ułamany róg, ale dla nas ważne było, że wzbogaci krew naszej hodowli. Nagle zauważyliśmy trzy byki żubra po tej samej stronie ogrodzenia co my. Znalazłam się w niezręcznej sytuacji: z jednej strony ogrodzenia jeden żubr, z drugiej trzy kolejne – a my między nimi, bez możliwości ucieczki. Żubry nie miały złych zamiarów wobec ludzi, interesowały się Ramonem, ale ich masa i siła mogły nas przypadkiem zmieść z powierzchni ziemi. Jedynym wyjściem było czym prędzej wspiąć się na ogrodzenie. Na szczęście płot był solidny i miał poprzeczne belki, więc udało się sprawnie wdrapać. Musiałam to zrobić w ekspresowym tempie, bo mój synek już siedział na szczycie ogrodzenia i wołał z przerażeniem: „Mamo, dasz radę?!”. Dałam radę, ale zahaczyłam spódnicą o sztachety. Ciągle leży w szafie, czekając na cud naprawy.
Z wykształcenia jest pani zootechnikiem-genetykiem. Skąd zainteresowanie akurat żubrami?
Można powiedzieć, że moja droga do żubrów była dość kręta i... przypadkowa. Zaczynałam od dużo, dużo mniejszych stworzeń – muszek owocowych. Jako absolwentka Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego pisałam pracę magisterską na temat zachowania zmienności genetycznej w hodowli, a konkretnie optymalnych metod kojarzenia w stadach zamkniętych, czyli kojarzeń z unikaniem inbredu. Do badań używałam Drosophila melanogaster, czyli muszek owocowych, z różnymi mutacjami (kolory oczu czy skrzydeł). Hodowałam je podczas stanu wojennego w Polsce we własnym mini-laboratorium. Prowadziłam doświadczenie przez wiele pokoleń muchówek, licząc skrupulatnie osobniki o danych cechach i przeliczając to na częstości alleli. Te muszki wiele mnie nauczyły o zachowaniu zmienności genetycznej i rozbudziły zainteresowanie tą dziedziną.
Po studiach szybko zajęłam się praktyczną hodowlą zachowawczą – opracowałam program hodowli konia huculskiego w Polsce. Ten program opierał się na analizie rodowodów i zmienności genetycznej, wdrożono go z sukcesem. Moja praca została nawet nagrodzona i przedstawiałam ją na międzynarodowym kongresie – wygłosiłam prezentację po angielsku, którego wówczas prawie nie znałam. Byłam po prostu młodą asystentką naukową z pasją do genetyki populacyjnej.
I wtedy los zetknął mnie z żubrami. Mój mentor, profesor hodowca zwierząt laboratoryjnych, został zaproszony do Białowieży przez profesora Zdzisława Pucka, który prowadził hodowlę gryzoni w Zakładzie Badania Ssaków PAN. Podczas rozmów w Białowieży profesor Pucek wspomniał mimochodem: „Mamy tu księgi rodowodowe żubrów, ale nikt ich nie analizuje...”. Na co mój profesor: „Znam młodą asystentkę, która mogłaby się tym zająć”. Tą asystentką byłam ja. I tak zaczęłam moją przygodę z żubrami, początkowo od suchej analizy rodowodów.
Czyli robota papierkowa?
Przyznam, że na początku patrzyłam na żubry tylko na papierze – widziałam cyferki, współczynniki inbredu, ale gdzieś gubiło się samo zwierzę. Kiedy pierwszy raz pojechałam na seminarium do Białowieży zaprezentować wyniki tych wyliczeń, dostałam zimny prysznic od profesor Małgorzaty Krasińskiej, legendy badania żubrów. Uświadomiła mi, że „za każdą liczbą kryje się żywy żubr” – że nie mogę być tylko od cyferek, muszę poznać biologię gatunku, żeby naprawdę rozumieć, co analizuję. Była to bezcenna lekcja pokory dla młodego naukowca. Od tego czasu zaczęłam coraz bardziej interesować się samymi żubrami – ich zachowaniem, biologią, historią.
W latach 90. opracowałam program hodowlany dla zamkniętych stad żubrów w Polsce, taki plan wymiany zwierząt między ośrodkami hodowlanymi, by minimalizować chów wsobny. Jeżdżąc po kraju, jako pierwsza odwiedziłam wszystkie ośrodki hodowli żubra. Zorientowałam się, że każdy z nich działa trochę w izolacji – hodowcy wiedzieli o sobie nawzajem, czasem wymieniali zwierzęta, ale generalnie każdy zmagał się sam z podobnymi problemami. Postanowiłam ich połączyć, służyć radą, ułatwiać kontakty. Zaczęłam nieformalnie koordynować hodowlę żubra w kraju. W tamtych latach byłam pracownikiem Białowieskiego Parku Narodowego jako specjalista doradzający w sprawach hodowli żubrów – najpierw w parku, potem przy Departamencie Ochrony Przyrody ministerstwa. W praktyce pracowałam zdalnie, to były czasy, gdy jeszcze nie mówiono „home office” – po prostu raz na miesiąc przyjeżdżałam do Białowieży z plikiem opinii. Żaden żubr nie zmieniał wtedy swojej zagrody bez mojej rekomendacji dotyczącej jego wartości genetycznej.
Organizowałam konferencje, zjazdy, zachęcałam wszystkich zajmujących się żubrami do współpracy, wymiany doświadczeń. Nie interesował mnie wyścig szczurów ani jałowa rywalizacja – wolałam budować zespół, w którym cel jest wspólny: dobro żubra. Przyznam, bywało różnie – ambicje i emocje czasem brały górę. Pamiętam burzliwą dyskusję na jednym spotkaniu hodowców w Pszczynie: spierano się zaciekle, które żubry są „lepsze” – z Pszczyny czy z Białowieży. Poproszono mnie o rozstrzygnięcie sporu. Powiem tylko, że dyskusja była tak zażarta, iż z trudem dotrzymywałam jej kroku. Oczywiście pytanie było nierozstrzygalne – żubra nie da się tak wartościować. Mimo takich incydentów uważam, że w środowisku miłośników żubra panuje wyjątkowa solidarność. W każdym ośrodku w Polsce – od Białowieży, przez Puszczę Borecką, po Pszczynę – byli i są ludzie absolutnie oddani żubrom.
A jak to jest być kobietą naukowcem w niszowej dziedzinie zdominowanej jednak przez mężczyzn?
Nigdy nie odczułam, żebym była gorzej traktowana dlatego, że jestem kobietą. Może miałam szczęście, a może taki charakter, że nie szukam sztucznej rywalizacji – pracuję po swojemu i nie oglądam się na płeć. Jeśli coś mnie dotykało, to raczej życie rodzinne: mój mąż bywał zazdrosny, że ciągle gdzieś wyjeżdżam. W pracy natomiast nie czułam żadnych szklanych sufitów. Zresztą w ochronie przyrody naprawdę liczą się kompetencje, pasja, gotowość do poświęceń – a tego mi nie brakowało. Nie miałam też chorobliwej ambicji, by się przepychać łokciami. Ważniejsze było dla mnie budowanie zespołu niż osobista kariera. W rezultacie w środowisku żubrowym nigdy nie byłam „tą gorszą, bo kobietą”, tylko po prostu Wandą, która kocha żubry i stara się dla nich zrobić wszystko, co trzeba.
O żubrach, w jednym z odcinków podcastu "Między Drzewami", opowiadają Michał Wieciech, pracownik Nadleśnictwa Niepołomice, na którego terenie znajduje się Ośrodek Hodowli Żubra, oraz Wojciech Sobociński, przyrodnik, przewodnik po Puszczy Białowieskiej i autor książek poświęconych m.in. żubrom.
W 2005 roku powstało Stowarzyszenie Miłośników Żubrów, od początku jest pani jego prezesem. Jaka była geneza tej organizacji?
Impuls przyszedł zza oceanu. W 2005 roku pojechałam do Stanów Zjednoczonych na spotkanie poświęcone bizonom. Odbywało się ono na prywatnym ranczu Teda Turnera – miliardera, właściciela CNN, a prywatnie hodowcy bizonów. Miałam tam prelekcję o żubrze, europejskim krewniaku bizona. Z zapałem opowiadałam wtedy, że w Europie mamy tylko mniej więcej trzy tysiące żubrów, że gatunek jest zagrożony i chcemy przywrócić go naturze. Podkreślałam, że to wszystko wymaga wsparcia finansowego. Turner wysłuchał… i zapalił się do pomysłu. Od razu rzucił: „To ja kupię w Teksasie wielki teren i sprowadzę tam całe trzy tysiące waszych żubrów. U mnie będą bezpieczne!”. Musiałam mu grzecznie, ale stanowczo wytłumaczyć, że to kiepski pomysł – żubr w Ameryce byłby gatunkiem obcym, więc taka operacja byłaby szkodliwa zarówno dla żubrów, jak i tamtejszego ekosystemu. Turner zrobił wielkie oczy – on o takich subtelnościach nie pomyślał. Na szczęście zrozumiał moje argumenty. Pomyślał chwilę i powiedział do swoich współpracowników: „W takim razie dajcie jej to, czego potrzebuje na żubry”.
Oczywiście nic nie dzieje się od razu – rozpoczęła się biurokratyczna gehenna. Musiałam opracować szczegółowy wniosek grantowy, Amerykanie przyjeżdżali do Polski oceniać sytuację na miejscu. Udało się zdobyć grant na pięć lat – pieniądze może nie ogromne, ale bardzo konkretne.
Stało się jasne, że potrzebujemy podmiotu, który te fundusze przyjmie i efektywnie wykorzysta. Ani ja prywatnie, ani moja uczelnia nie bardzo się do tego nadawały. Dlatego powołaliśmy grupę założycielską i w listopadzie 2005 roku oficjalnie zarejestrowaliśmy Stowarzyszenie Miłośników Żubrów. Był to strzał w dziesiątkę: grant Turnera stał się faktem i dzięki niemu w ciągu kolejnych lat sprowadziliśmy w rejon Karpat około 80 żubrów z zachodu Europy. Część trafiła do Polski (w Bieszczady), inne do Rumunii, na Słowację, Ukrainę. Transporty żubrów stały się naszą specjalnością. To były pionierskie czasy, Polska była już wtedy w Unii Europejskiej, ale wielu zasad jeszcze nie wdrożono, nie było tak restrykcyjnych przepisów weterynaryjnych jak dziś. Bardzo dużo udało się zrobić niewielkim kosztem i stosunkowo szybko.
Stowarzyszenie pełni odtąd ważną rolę nie tylko w pozyskiwaniu funduszy, ale jest też głosem doradczym w sprawach żubra. Organizujemy konferencje, opracowujemy strategię ochrony gatunku – jednym słowem – koordynujemy wiele działań, które wcześniej działy się w rozproszeniu.
Wspomniała pani, że w czasach, gdy walczyła o Ramona, w całej Europie były około trzech tysięcy żubrów. Dziś w samej Polsce mamy już tyle. To ogromny wzrost – musi panią napawać dumą.
To prawda, liczebność żubrów rośnie z roku na rok. Z jednej strony to wielki sukces ochrony przyrody – gatunek podniesiony z kolan zaczyna się rozpędzać. Żubr powrócił nie tylko do polskich lasów, ale i do lasów Litwy, Białorusi, Ukrainy, Rosji, Niemiec, Czech, Słowacji, Rumunii, nawet Hiszpanii. Jeszcze 20 lat temu wiele z tych krajów nie miało ani jednego żubra w wolnej lub półwolnej hodowli. Zmieniła się też świadomość społeczna – kiedyś żubr był ciekawostką, dziś stał się ikoną ochrony przyrody. Cieszy mnie każdy osobnik – im więcej żubrów w dobrych warunkach, tym lepiej – w końcu o to walczyliśmy.
Niestety, ten sukces ma też swoją ciemniejszą stronę. Mówiąc wprost: obecnie, nie kontrolując odpowiednio populacji, robimy krzywdę temu gatunkowi. Żubrów przybywa, ale ich rozmieszczenie jest niewłaściwe. W strategii ochrony żubra, którą opracowaliśmy lata temu, zapisano powstawanie licznych małych, bezpiecznych stad w różnych regionach – tak, by uniknąć nadmiernej koncentracji zwierząt w jednym miejscu. Gdy żubry są rozsiane w wielu mniejszych grupach, łatwiej zapobiec konfliktom z ludźmi oraz ograniczyć ryzyko wybuchu epidemii chorób zakaźnych. Niestety, te założenia strategii nie zostały w pełni wdrożone. Państwo – organy ochrony przyrody – jakby osiadły na laurach: „żubry się mnożą, jest dobrze, lepiej nie ruszać”. A problemy narastają.
Na przykład?
Weźmy Puszczę Białowieską – żubry żyją tam od lat, to ich ostoja. Ale dziś stado białowieskie jest tak duże, że część żubrów zimą opuszcza las, wędrując na okoliczne pola. W 2022 roku doliczono się zimą w Białowieży tylko 232 żubrów, podczas gdy powinno tam zimować co najmniej 300–400 osobników. Reszta szuka pokarmu poza lasem, bo najwyraźniej warunki w Puszczy przestały im wystarczać. Białowieskie łąki, tradycyjnie koszone i odkrzaczane dla żubrów, zaczęły zarastać i podupadać jakościowo (to skutek m.in. ograniczenia ingerencji człowieka w Puszczy). W efekcie żubry ciągną do upraw rolnych, gdzie przy braku śniegu karmy w bród. A to rodzi konflikty – rolnicy ponoszą straty, trzeba wypłacać odszkodowania, narasta frustracja. W okolicach Puszczy dochodzi też do coraz liczniejszych kolizji samochodów z żubrami. Co gorsza, miejscowa społeczność zaczyna postrzegać żubra negatywnie.
Inny aspekt to behawior i zdrowie żubrów. Żubr z natury żyje w niewielkich stadach rodzinnych – kilkanaście, może kilkadziesiąt sztuk, a nie dwieście. To nie amerykański bizon przystosowany do prerii i wielkich zgrupowań. Żubry wyewoluowały w warunkach leśnych; obserwacje państwa Krasińskich w Puszczy Białowieskiej dowiodły, że przeciętna grupa żubrów liczy 10–30 osobników. Co się dzieje, gdy na małej przestrzeni musi egzystować 100 czy 200 żubrów? Zbyt duże zagęszczenie powoduje stres. Te zwierzęta zaczynają sobie wzajemnie przeszkadzać – konkurują o ograniczone leśne polany, dochodzi częściej do potyczek między bykami, dominujące osobniki nie mają spokoju. Porównałabym to do ludzi: lubimy towarzystwo, ale gdyby stłoczyć nas setkami w ciasnej przestrzeni, szybko byśmy się zirytowali. Żubr w takiej sytuacji też czuje dyskomfort i może zachować się agresywnie. Podkreślę: żubr nie ma w sobie złośliwości wobec człowieka, nie atakuje dla kaprysu. Jednak zestresowany, osaczony – może zareagować groźnie.
No i jeszcze choroby. Im większe skupisko zwierząt, tym większe ryzyko wybuchu epidemii. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska wydała ostatnio zgodę na eliminację w Bieszczadach z powodu groźnej choroby telazjozy nawet 100 żubrów w ciągu trzech lat – przede wszystkim właśnie z powodów zdrowotnych. I choć to drastyczne rozwiązanie, może się okazać niewystarczające, jeśli nadal nie zmniejszymy zagęszczenia dużych stad.
Ten i więcej artykułów znajdziesz w Echach Leśnych
Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie twierdzę, że mamy za dużo żubrów jako gatunku. Polska ma miejsce i potencjał na więcej żubrów niż obecne trzy tysiące. Problem w tym, że mamy za dużo żubrów lokalnie, w kilku przegęszczonych stadach. A w innych miejscach, gdzie mogłyby żyć – jeszcze ich nie ma. Musimy po prostu mądrze rozlokować populację żubra.
Co konkretnie należałoby zrobić?
Trzeba tworzyć nowe, małe subpopulacje w odpowiednich środowiskach, a rozpraszać i redukować te nadmiernie rozrośnięte. W praktyce oznacza to odłów i przesiedlenie części młodych żubrów z przegęszczonych stad do nowych miejsc. Młodych, bo przewożenie kilkunastoletnich osobników mija się z celem – to ogromny wysiłek, a stary żubr może się nie zaaklimatyzować. Młode mają przed sobą całe życie, więc są inwestycją w nowe stado. Przez lata odłowiliśmy i przewieźliśmy wiele żubrów – to umiemy robić. Ale jeśli wyjmiemy z populacji dużo młodzieży, w stadzie macierzystym zostaną głównie żubry stare. Taka dziadkowa struktura też jest nieprawidłowa, bo stare osobniki są bardziej podatne na choroby. Dlatego jednocześnie trzeba redukować liczbę zwierząt w przerośniętym stadzie, usuwając chore czy najsłabsze sztuki, by zostawić zdrowy trzon. Innymi słowy – przerośnięte stado powinno być objęte normalną selekcją, jak dawniej.
Idealny model to kilkadziesiąt stad po około 30–50 żubrów, rozrzuconych po różnych ostojach w kraju. Wówczas jeden obszar nie dźwiga więcej zwierząt, niż jest w stanie utrzymać, a w razie pojawienia się ogniska choroby eliminujemy tylko zagrożoną grupę, nie całą olbrzymią populację. Co więcej, takie rozdrobnione stada można połączyć w metapopulację – wystarczy pozwolić bykom migrantom przemieszczać się od stada do stada. Samce żubra i tak podejmują wędrówki, czasem odłączają się od matecznego stada. Jeśli stworzymy warunki, by znajdowały nowe grupy samic, to zapewnimy przepływ genów między stadami, bez mieszania całych populacji. To by rozwiązało kwestie i genetyczne, i behawioralne.
Brzmi świetnie. Czemu więc to nie następuje?
Po pierwsze, brak konsekwentnej woli kolejnych decydentów. Taka operacja musi być centralnie zaplanowana i prowadzona latami – z gwarancją, że jeśli zaczniemy przesiedlać żubry, to dokończymy projekt zgodnie z założeniami. A z tym bywa różnie, bo zmieniają się politycy, priorytety. Po drugie, opór społeczny. Jak mówiłam – nowe lokalizacje dla żubrów budzą protesty mieszkańców. Oni się boją, że z małego stadka zrobi się kiedyś stado 200 sztuk niszczących plony. I tu muszę przyznać im rację: państwo musi dać gwarancję, że jeśli wprowadza żubry w dane miejsce, to będzie potem kontrolować ich liczebność zgodnie z planem lub w pełni ponosić konsekwencje ich utrzymania (choćby w postaci odszkodowań).
Niektórzy mogą zapytać: po co to wszystko? Po co liczyć żubry, przenosić, kontrolować, martwić się genetyką? Może lepiej zostawić je po prostu w spokoju?
Rozumiem tę intencję – „niech dzika przyroda rządzi się sama” – ale w przypadku żubra to niestety mrzonka. W obecnym, zmienionym przez człowieka świecie czynna ochrona jest koniecznością. Owszem, możemy teoretycznie „pozwolić żubrom być” i nic nie robić, ale skutki już widzimy: coraz więcej konfliktów z ludźmi i problemy zdrowotne zwierząt. Prawda jest taka, że teraz mamy bardziej związane ręce niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu, gdy prowadzono przeglądy stada, selekcję chorych sztuk, dokarmianie zimą, koszenie łąk. Dziś dużo z tych działań ograniczono w imię naturalności, co niestety oznacza, że idziemy na żywioł, a konsekwencje mogą być opłakane dla żubrów. Gdyby istniały rozległe puszcze całkowicie wyłączone z wpływów człowieka, może można by żubry zostawić samym sobie. Ale tak nie jest – nawet Puszcza Białowieska nie jest od ludzi wolna: mieszkają tam ludzie, działa turystyka, to nie jest zamknięty rezerwat. Konflikt interesów nie zniknie. Żubr żyje na styku dzikiej przyrody i ludzkiej cywilizacji, więc trzeba nim mądrze gospodarować.

A jaka jest dziś sytuacja żubrów w Europie?
Od dwudziestu lat staramy się, by Europa mówiła jednym głosem w sprawie żubra. W 2007 roku z mojej inicjatywy powołaliśmy Międzynarodową Grupę Ochrony Żubra (European Bison Conservation Network). Chodziło o to, by specjaliści i hodowcy z różnych krajów mogli się wymieniać informacjami i razem planować rozwój gatunku. Pierwsze spotkanie zorganizowaliśmy w Puszczy Boreckiej – przyjechali goście z kilku krajów, w tym pewien Hiszpan o imieniu Fernando. Ów Fernando pojawił się już rok wcześniej w Polsce z niesamowitymi pomysłami. Marzył mu się w Hiszpanii „park prehistoryczny” – chciał sprowadzić żubry na swoje tereny koło słynnych jaskiń Altamiry (w 1868 roku odkryto w nich malowidła z epoki paleolitu – red.) i urządzać pokazy życia ludzi pierwotnych: statyści ubrani w skóry mieli rozpalać ogniska krzesiwem, chodzić między wolno pasącymi się żubrami i udawać polowania z łukiem. Trochę szalony koncept. Do tego Fernando upierał się, że będzie u żubrów stosował sztuczną inseminację i inne nowinki. Zafascynował się żubrami teoretycznie, ale brakowało mu praktycznej wiedzy.
Zaprosiłam go na kilkudniowe szkolenie w Polsce. Pokazaliśmy mu nasze żubry w różnych sytuacjach, poznał hodowców, naukowców, nawet zabraliśmy go na spływ kajakowy rzeką Biebrzą dla relaksu. Po tych kilku dniach nastąpiła pozytywna przemiana: Fernando zrozumiał, że żubr to nie krwiożerczy byk z korridy, za jakiego go miał. Zobaczył, że to zwierzęta względnie łagodne, które jednak wymagają odpowiednich warunków, by żyć w zdrowiu. Zrezygnował z najbardziej szalonych pomysłów i postanowił działać bardziej sensownie. Wrócił do Hiszpanii z misją: zaczął namawiać prywatnych właścicieli dużych posiadłości do sprowadzania żubrów. Dziś w Hiszpanii jest już ponad dwieście żubrów żyjących w półwolnych hodowlach. Fernando koordynuje całą tę akcję – przekonuje ludzi, że warto zainwestować w żubry, nawet jeśli na początku to tylko dokładanie pieniędzy. Umawia się z nimi, że jak stado się rozrośnie, to część młodych żubrów będzie oddawana dalej albo wymieniana między posiadaczami. Sam pilnuje rodowodów, doradza. Jego entuzjazm jest zaraźliwy – dzięki niemu żubry trafiły też do Portugalii.
Żubry nie są drapieżnikami ani agresorami – zazwyczaj nas ignorują. Zaatakują tylko wtedy, gdy poczują się osaczone lub sprowokowane.
Co robić, gdy spotkamy żubra w lesie?
Żubr to największe lądowe zwierzę Europy, dorosły byk waży nawet 800–900 kg. Już z tego powodu bliskie spotkanie zawsze niesie ryzyko – w starciu z taką masą człowiek stoi na straconej pozycji. Dlatego podstawowa zasada brzmi: zachować dystans. Podczas obserwacji dzikich żubrów mówimy o minimalnej odległości 50 m. Z daleka można podziwiać do woli.
Generalnie żubry nie atakują ludzi, jeśli nie zostaną do tego sprowokowane. Nie są drapieżnikami ani agresorami polującymi na człowieka – zazwyczaj nas ignorują, omijają. Niemniej mogą zaatakować, gdy poczują się osaczone lub sprowokowane. Każdy przypadek ataku żubra, jaki znam, wynikał z błędu człowieka: ktoś podszedł zbyt blisko do samicy z cielęciem, ktoś próbował żubra przepędzić krzykiem albo – co gorsza – zwabić jedzeniem bliżej gospodarstwa. Potępiam to, bo później taki przyzwyczajony do karmy żubr traci naturalny dystans, wchodzi między zabudowania i staje się niebezpieczny – a wtedy żubr płaci życiem za ludzką głupotę.




