Eko-Nibylandia w „Echach Leśnych”

W zimowym numerze kwartalnika ukazał się artykuł o Lesie Bawarskim i Szumawie. W tle dyskusji na temat Puszczy Białowieskiej, teren ten jest stawiany jako przykład, iż pozostawienie lasu samemu sobie jest najlepszym z możliwych rozwiązań. Czy jednak?
30.01.2017 | URSZULA KIFER

W zimowym numerze kwartalnika ukazał się artykuł o Lesie Bawarskim i Szumawie. W tle dyskusji na temat Puszczy Białowieskiej, teren ten jest stawiany jako przykład, iż pozostawienie lasu samemu sobie jest najlepszym z możliwych rozwiązań. Czy jednak?

Kto zechce odwiedzić tamten region, może przekonać się, że sytuacja jest nieco inna niż się wielu wydaje. Na początek jednak przedstawmy naszych aktorów. Powstały w 1991 r., Park Narodowy Szumawa obejmuje powierzchnię 68 tys. ha. Prawie trzy razu mniejszy (24 tys. ha) jest sąsiadujący z nim przez granicę Park Narodowy Las Bawarski, powołany do życia w 1970 r. (notabene jako pierwszy park narodowy utworzony w Niemczech).

Po pierwsze, nie wolno zapominać, że Szumawa i Las Bawarski tylko w niewielkim stopniu są lasami naturalnymi.

Tamtejsze okolice przez wieki słynęły z hut szkła, których piece pochłaniały olbrzymie ilości drewna. Przemysłową przeszłość tego regionu zdradzają choćby historyczne nazwy miejscowości, jej świadectwem są także pełne uroku, zabytkowe fabryczki. Szumawskie drewno spławiano także do Wiednia i Wełtawy, zbudowanym w XVIII w. Kanałem Schwarzenberskim, dziś będącym sporą atrakcją turystyczną.

Zestawianie – co niekiedy czynią ekoaktywiści - naszej Puszczy Białowieskiej, lasu wybitnie nizinnego lasu, z położonymi zdecydowanie bardziej na południu kontynentu lasami górskimi przypomina nieco porównywanie warunków panujących w Bałtyku i w Morzu Śródziemnym. Większość powierzchni Lasu Bawarskiego i Szumawy zajmują górskie bory świerkowe i bory mieszane, w których oprócz świerka jest sporo buka i jodły. To o wiele uboższe siedliska od białowieskich lasów grądowych.

Czytaj online „Echa Leśne".

Skąd zatem w ogóle bierze się ten temat w kontekście gorączki polskich dyskusji? Zapewne stąd, że te czesko-bawarskie lasy od wielu lat zmagają się z wielką klęską kornika, której dwie ostatnie, dramatyczne odsłony, pospołu z niszczycielskim wpływem huraganowych wiatrów, pozostawiły po sobie miliony martwych drzew. Tak wcześniej malowniczy krajobraz tamtejszego pogranicza zmienił się nie do poznania.

Władze parków narodowych zarządzające tymi terenami podjęły decyzje o pozostawieniu części zniszczonych obszarów samych sobie - tak zwana strefa bez interwencji zajmuje obecnie aż 67 proc. Lasu Bawarskiego i 13 proc. Szumawy. Po 10 latach od ostatnich dużych zniszczeń, w wielu miejscach widać naturalnie odnawiający się młody las. Ale ani w części czeskiej, ani w niemieckiej (a rozwiązania zastosowane w tej drugiej tak chętnie stawiane są przez wielu aktywistów za wzór do naśladowania w naszej białowieskiej puszczy) nie mamy wcale do czynienia z oddaniem całego obszaru, bez reszty, dzikiej naturze, wyłączeniem lasu z wszelkiej ingerencji człowieka.

W obu parkach, w wielu miejscach prowadzone są różne działania typowej, nowoczesnej gospodarki leśnej: aktywnie walczy się z kornikiem, wycina część zdrowych drzew i sadzi nowe, tak aby wspierać pożądane na tym terenie zmiany w składzie gatunkowym lasu.

- Dużą część naszego budżetu stanowią wpływy uzyskane ze sprzedaży drewna – nie ukrywa Martin Stary, zastępca dyrektora Parku Narodowego Szumawa, zarazem kierownik tamtejszego departamentu ochrony przyrody.

To prawda, Niemcy i Czesi planują stopniowe obejmowanie ścisłą ochroną kolejnych fragmentów lasu, ale wiedzą, że najpierw trzeba je do tego odpowiednio przygotować, zgodnie z zasadami sztuki leśnej.

Są też miejsca, w których do końca prowadzona będzie aktywna walka z kornikiem: to tak zwane strefy buforowe na granicy Lasu Bawarskiego. Mają one chronić sąsiednie lasy państwowe i prywatne, których zarządcy boją się inwazji owadów migrujących z sąsiedniego parku narodowego. Obowiązkiem „parkowców” jest temu zapobiec, więc stale monitorują, co dzieje się w tej strefie i wycinają każde nowe drzewo zasiedlone przez kornika. Robią to, bo są pewni skuteczności takich działań.

- Nasze badania potwierdziły, że wystarczy strefa o szerokości 500-800 m, aby zatrzymać tego owada. Przeprowadziliśmy nawet eksperyment, w którym za pomocą specjalnego urządzenia pomiarowego sprawdzaliśmy, jaki dystans potrafi on pokonać. Znakomita większość badanych chrząszczy nie była w stanie przelecieć więcej niż kilkaset metrów - tłumaczy dr Marco Heurich, zastępca kierownika departamentu ochrony przyrody i badań naukowych Parku Narodowego Las Bawarski.

Węższą, 200-metrową strefę buforową wyznaczono tylko przy granicy z obszarami niemieckich lasów państwowych - one także prowadzą aktywną walkę z kornikiem.

Kolejna rzecz oczywista dla czeskich i niemieckich leśników to konieczność usuwania martwych drzew przy drogach i szlakach turystycznych.

Więcej publikacji na temat Puszczy Białowieskiej 

- Wzdłuż dróg publicznych musimy wycinać martwe drzewa, stojące w odległości do 30 m. Wzdłuż szlaków na terenach chronionych interweniujemy tylko w najbardziej niebezpiecznych przypadkach - na przykład, drzewo jest złamane, z cała pewnością wkrótce runie i może komuś zrobić krzywdę. Staramy się wtedy wybrać rozwiązanie najbliższe naturze: łamiemy je na wysokości kilku metrów albo obalamy. Ale to bardzo kosztowne metody - opisuje Johann Kiener, odpowiedzialny za turystykę w Lesie Bawarskim. 

Ci, którzy stawiają postępowanie władz Lasu Bawarskiego za wzór dla białowieskich leśników, pomijają też zazwyczaj jedną dość istotną kwestię, a mianowicie różnicę w „filozofii” przyświecającej tamtejszej praktyce leśnej.

W Niemczech w latach 70. ub.w. uznano, że priorytetem dla zarządzających danym terenem leśnym musi być dobro drzewostanu, a nie bytującej na nim zwierzyny, mogącej temu dobru zagrażać. Wbrew wizjom snutym czasem przez aktywistów ekologicznych, przyroda to nie jest bowiem sielankowa harmonia, tylko rywalizacja między gatunkami – także między walczącymi o przeżycie młodymi drzewami a zjadającymi je zwierzętami, takimi jak sarny, jelenie czy łosie.

Polscy leśnicy stosują rozmaite metody ochrony lasu, zwłaszcza w początkowych stadiach jego rozwoju: grodzą jego szczególnie „wrażliwe” fragmenty, używają specjalnych środków odstraszających roślinożerców itp.

Symboliczna jest historia pewnego niedźwiedzia, który przed sześciu laty zabłąkał się w tamtą okolicę. To był pierwszy taki przypadek w Bawarii od dwustu lat. Nazwano go „problematycznym niedźwiedziem”, bo zaczął zabijać owce i kozy, podchodzić do domostw. Po paru tygodniach zapadła oficjalna decyzja o jego odstrzale.

Tymczasem w Lesie Bawarskim nie hołduje się takim metodom. Po pierwsze, uważa się je za ingerencję w przyrodę. Po drugie, jak przyznają pracownicy parku, dla bawarskiego podatnika byłoby to po prostu zbyt kosztowne. A to już oznacza złe wieści, zwłaszcza dla jeleni, których zasada nieingerencji wyraźnie nie obowiązuje. Aby minimalizować powodowane przez nie szkody, niemieccy leśnicy utrzymują ich liczebność na dostatecznie niskim poziomie. Robią to w sposób, który doprawdy ciężko byłoby wyobrazić sobie w Polsce.

- Kiedy późną jesienią zwierzęta te, w poszukiwaniu pokarmu, zaczynają schodzić z wyższych partii gór, gromadzimy je w czterech zamkniętych zagrodach, w których okresowo są dokarmiane. Tam uprawnieni pracownicy parku dokonują selekcji i eliminują młode osobniki, regulując populację - opowiada Franz Baierl, kierownik departamentu gospodarki leśnej w Parku Narodowym Las Bawarski, oprowadzając nas po jednej z takich zagród, opasanej wysoką na kilka metrów siatką. W rezultacie w całej bawarskiej części kompleksu leśnego znajduje się miejsce dla zaledwie ok. 400 jeleni.

Eliminuje się także część dzików, sarnę natomiast pozostawiono wprowadzonemu do parku rysiowi. To dzięki takiemu podejściu możliwe jest piękne naturalne odnawianie się lasu - świerków, buków czy nawet jarzębiny. Wróćmy teraz na chwilę do Puszczy Białowieskiej, w której, oprócz 2,5 tys. jeleni i 1,2 tys. saren, żyją także łosie oraz powiększające się wolne stado żubrów. W ubiegłym roku zwierzyna poważnie uszkodziła w niej prawie 450 hektarów lasu.

Przeczytaj o odtwarzaniu dzikiego stada żubrów nad górnym Sanem

A jak wygląda sytuacja dużych drapieżników? Obecnie w Lesie Bawarskim na stałe żyje jedynie ryś, którego populacja jakiś czas temu została tam sztucznie odtworzona.  Pojedyncze wilki pojawiają się sporadycznie, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę małą liczbę jeleni w parku.

Jak widać, dla niemieckich leśników zwierzęta w lesie to zatem przede wszystkim kłopot. Na naszą propozycję przekazania im kilku polskich żubrów z hodowli roześmieli się tylko: - Nie, dziękujemy. Szkód by w naszym w lesie narobiły!